[PROTOTYPE]

 

Scenariusz: Jim Palmiotti, Justin Gray

Rysunki: Darick Robertson,  Wes Hartman, Mark Jacobs
Okładka: Jim Lee
Wydawca: Wildstorm
Premiera: 2009
Zawiera: [PROTOTYPE] #1-#6 + shorty
Ilość stron: 168
O grze wiecie już wszystko. O jej wadach i zaletach. A komiksowy spin-off niewątpliwie jest zaletą. Pod warunkiem, że jego jakość będzie prezentować odpowiedni poziom. Ludzie z Wildstormu mieli o to zadbać. W opisie powyżej widzimy same znane nazwiska (przynajmniej dla komiksiarzy). Powstała z tego aż 6 częściowa historia, która bardzo ładnie rozwija fabułę z gry. Niestety, wyolbrzymia też jej wady…
 
Komiks oczywiście nie jest niczym ambitnym. Zupełnie jak gra. Dostarcza nam średniej klasy, odmóżdżającą historyjkę. Klimatycznie jest zbliżony mocno do tego co znamy z ekranu. Czyli motywy apokaliptyczne, narastająca epidemia i wojsko nie radzące sobie z tematem. Jednak tutaj mamy coś więcej. A wszystko dlatego, że główny nacisk historii nie został położony na Alexa Mercela, który owszem, pojawia się okazjonalnie, ale opowieść jest snuta z zupełnie innej perspektywy. 
 

Główny wątek fabularny jaki przychodzi nam posmakować, opiera się na puncie widzenia nowojorskiej pary detektywów. Spojrzenie to jest żywcem wyjęte z policyjnych procedurali. I w takim stylu przedstawieni są też bohaterowie. Szczególny nacisk postawiono na niezwykle męskiego, ale dręczonego problemami psychicznymi detektywa McKlusky, który będąc ucieleśnieniem samca alfa nigdy się nie poddaje. Z niepowstrzymaną arogancją prowadzi przez miasto swoją partnerkę, jednocześnie się nią opiekując. Będzie miał ku temu wiele okazji. O ile z początku jest spokojnie, to równowaga postaci zostaje zachwiana, gdy para  zostaje wezwania na miejsce zbrodni. A właściwie na miejsce sieczki. Wokół walające się flaki i porozrzucane bezwładnie zwłoki ludzkie, które wyraźnie robiły za pokarm dla jakiegoś bardzo groźnego zwierzęcia. 
I tu dochodzimy do miejsca, w którym trzeba zwrócić uwagę na jakie atuty stawiali autorzy. Tak, komiks jest niezwykle intensywnie nasycony elementami gore. Podobnie jak w grze brutalność nie zna granic. A mogę śmiało powiedzieć, że w kilku miejscach jest dodatkowo na tyle kontrowersyjnie, że gdyby takie coś pojawiło się w cyfrowym oryginale, to niejedne środowiska wzywałyby do bojkotu tytułu, tak jak to się stało w przypadku chociażby polskiego Hatred. Gdyby dziennikarze Frondy skonfrontowali się z tą krwistą zawartością, to zorganizowaliby publiczne palenie komiksów. Dlatego właśnie odwagę w pokazywaniu scen rodem z najniesmaczniejszych horrorów mogę zaliczyć na duży plus. Na szczęście nie jedyny. 
 
Chodzi oczywiście o rozbudowanie fabuły. Te słynne wydarzenia, które tak wyciągaliśmy ze wspomnień pochłoniętych osób, tu jest wszystko pokazane od podstaw jak to się zaczęło. Pułkownik Randall jest pokazany jak od zera został zwerbowany do sprawy wirusa. I nie tylko on. Także mamy podgląd w karierę Kapitana Crossa.  Dzięki takim originom postaci, prześledzimy dokładnie co działo się w Hope w Idaho, czy Springfield na Antarktydzie. Wątek militarny jednak według mnie zbyt mocno przejął stery w serii i co raz zawilsze wchodzenie w szczegóły, który to generał jaką odegrał rolę, może zwyczajnie męczyć. Szczególnie dodatkowa zawartość jest bardzo ciężka. Dobrze, że ważniejszą oś fabularną komiksu stanowi śledztwo detektywów NYPD. 
 
W grze nie było zwierząt
Urocza para stanowi tu główne skrzypce. Wyglądający troszkę jak Constantine, twardziel o swojskim nazwisku McKlusky, jak i jego młodsza, atrakcyjna partnerka Ella, muszą prowadzić śledztwo w sprawie tajemniczej masakry. A podejrzanym staje się… Alex Mercel. Jednak nasi policjanci są za sprytni by łyknąć tą wersję i sami dochodzą do prawdy. Przez to znajdują się w samym środku bałaganu, na celowniku wojska i pomiędzy namnażającymi się paskudztwami.
 
I ten nieszczęsny Mercel. Co z tego, że jest twarzą serii, skoro nie dostał za wiele czasu dla siebie. I najlepsze jest to, że takie rozwiązanie ma swoje pozytywne odzwierciedlenie w odbiorze komiksu. Akcję obserwujemy z punktu widzenia zwykłych ludzi. Widzimy jak go oceniają. Dla nich jest bohaterem, nadzieją, która powstrzyma infekcję. Takiego przekazu nie da się odczuć w grze. To nie inFamous. A jednak mimo że Mercel zostawia za sobą rzekę krwi przypadkowych (lub bardziej celowych) ofiar, to i tak ma on poparcie społeczeństwa. Taki aspekt jest naprawdę budujący dla charakteru postaci. 
 
Tak się złożyło, że komiks w wielu miejscach jest nawet lepszy niż gra. Warstwa fabularna imponowała złożonością i zawiłością, a zeszyt ten jeszcze bardziej stara się ją dogęścić. Jeśli lubiliście zbierać wspomnienia w grze, to z pewnością mogę Wam polecić ten tytuł. Tak samo jak każdemu miłośnikowi gry, który nie będzie wymagał czegoś ambitniejszego. Przecież nie oto w serii chodziło. To nie The Last of Us, a zwykła zarzynarka, która choć się stara, to nie potrafi odciąć się od narośla prowizorki.
 
Ocena: 6/10
 

Ciekawostki:

 
  • Okładka wydania zbiorczego narysowana przez Jima Lee, prezentuje trochę inaczej wystylizowanego bohatera. To nie żaden błąd. Tak początkowo miał wyglądać Alex Mercel, jednak zmieniono jego wygląd, gdyż za bardzo przypominał Altaira z gry Ubisoftu Assassin’s Creed
  • W grze, na dachach budynków możemy znaleźć loga DC Comics oraz Wildstorm. 
  • Jedna z operacji wojskowych w komiksie nazywała się „Wildstorm”. Przypadek?