Assassin’s Creed Volume 1: Trial by Fire

Scenariusz: Anthony Del Col, Conor McCreery
Rysunki:Neil Edwards
Wydawnictwo: Titan Comics
Zawiera: #1-5
Premiera: 10.2015 (#1), 06. 2016 (zbiorcze)
Liczba stron: 128
Ubisoft od początku rozwoju skrytobójczego uniwersum, dba o to by również wielbiciele przygód graficznych otrzymali brandowane produkty. Niestety, start nie okazał się zbyt dobry i dostaliśmy całą serię niekanonicznych produktów z jakimiś Accipterami czy Aquilusami. Tą plamę udało się zmazać, gdy firma osobiście zabrała się za stworzenie i dystrybucję swoich, w pełni kanonicznych komiksów. Tak zwana „trylogia UbiWork Shop” dostarczyła nam wysokiej klasy merchendajzu, o czym możecie się przekonać zaglądając do działu Komiks i zaglądnięcia do recenzji The Fall, The ChainBrahman. Jednak te dzieła choć cechowała wysoka jakość, ukazywały się w zbyt długich okresach czasu.
I tu wchodzi do gry brytyjski wydawca Titan, do którego co raz chętniej trafiają duże licencje. Rozpoczęta pod koniec 2015 roku trzyletnia współpraca, oznacza że co miesiąc będzie wychodził na rynek zeszyt sygnowany logiem asasyńskiego kreda. Serii regularnych pojawiło się już kilka, a pierwsza z nich nazywa się po prostu… Assassin’s Creed. Oczywiście jej kanoniczność jest potwierdzona, co daje bohaterce, Charlot de la Cruz możliwości rozwoju w nadchodzących grach, jak to się stało z poprzednimi bohaterami. A panna ta z miejsca skradła serca fanów.
Gry wprowadziły pewien schemat, który także jest dostrzegalny w tym tytule. A więc nieświadoma niczego osoba nagle znajduje się na linii ognia walki prastarych organizacji. Okazuje się, że sama ma przodków mających duży wpływ na to co się dzieje i niezbędne okazuje się podłączenie jej do maszyny, która przegrzebuje wszystkie helisy kwasu deoksyrybonukleinowego w celu wydobycia wspomnień, zwłaszcza tych o artefaktach. Jest to pewnego rodzaju trzon, którego nie powinno się naruszać. Nie znaczy to, że każda oparta na nim historia jest jak odgrzewany schabowy. Wystarczy dodać tu ciekawych bohaterów, jeszcze ciekawsze czasy historyczne i mamy kolejną wartą zgłębienia opowieść.
Główna bohaterka wprowadza sporo świeżości. Takiej postaci jeszcze nie mieliśmy. Charlot na co dzień próbuje wspinać się po drabince hierarchicznej struktury społeczeństwa, jednak na każdym kroku dostrzega jakieś nierówności. Jej wybuchowy charakter nie pozwala jej zamknąć się w sobie i biernie przyglądać temu co się dzieje. Panna jakimś cudem skończyła dobrą szkołę i ma niezłą pracę w banku (jak zauważa, tym samym który dał jej kredyt studencki), lecz z jej charakterem to prędzej bym ją widział w jakimś squacie, oddolnie walczącą z niesprawiedliwością niczym Kasia Czarnota z poznańskiego Rozbratu. A tak panna dobrze sobie radzi, powodzi jej się w życiu i nawet dostaje w prezencie zabawki od Abstergo. System do gier video, z goglami VR, zwany jako Helix.
Pewnego paskudnego dnia, jedna z klientek przyszła zamknąć konto. Okazuje się, że jej chora córka ma szemrane ubezpieczenie, które nie pokrywa kosztów leczenia. Dla Charlot, która miała podobne doświadczenia w rodzinie, to było zbyt wiele. Niczym współczesny Robin Hood zabrała kasę pasożytom od nieruchomości i dała ją staruszce. To musiało skończyć się dla niej tragicznie. Nawalona Charlot już wyobrażała siebie jako kasjerkę w fast foodzie, lecz powrót do domu zmienił jej rzeczywistość. Na miejscu czekali na nią niezwykli goście z organizacji zwanej jako… Bractwo. Panna orientowała się dobrze w temacie teorii spiskowych i sympatyzowała z tą grupą, której dobre imię na świecie jest skutecznie niszczone przez Abstergo i jego produkty. W tym samym czasie u progu mieszkania pojawiają się też Templariusze, ich celem jest usunięcie kłopotliwego obiektu…
Działając z asasynami, Charlot ukrywa się w jakiś opuszczonych melinach, zupełnie jak rasowa anarchistka. Tylko zamiast chodzić na manifestacje, to panna dostaje nowy cel – podłączyć się do Animusa. Podoba mi się jak dobrze nakreślono jej charakter. Bohaterka przeżywając wspomnienia w maszynie, nie godzi się na bierność swego przodka i próbuje zmienić jego ruchy, co kończy się bolesną desynchronizacją. W swój rubaszny sposób także komentuje działania swojego krewnego, Toma Stoddarta, który to delikatnie ujmując nie należy do najmilszych. Jest za to skuteczny. I właśnie dzięki tej cesze zostaje przysłany do Salem z Londynu. Miejscowi są zajęci szukaniem czarownic, a nasz wredny asasyn musi znaleźć artefakt.
To co się dzieje w Salem to standardowa, lecz miła w odbiorze historyjka. Główny przodek charakterem zbliżony jest bardziej do Templariuszy i taka bezwzględna osobowość pozwala mu przetrwać. Małym, choć nie dla fana serii, zaskoczeniem może być rodzaj artefaktu. Zastosowano tu nawet ciekawą formułę komunikacji, która dla fana serii też nie będzie zaskoczeniem. Największą niespodzianką może być to, że recykling rozwiązań wciąż dobrze się sprawdza i nie nudzi.
Kwestia, która może nie wyszła zbyt poprawnie, to ekipa współczesnych asasynów. W natłoku zdarzeń nie poznajemy ich lepiej. Oni sami Charlot odbierają bardziej jako obiekt badawczy niż członka swojej ekipy. Mają oni swoje problemy. Dopiero w ostatnim zeszycie obserwujemy jakieś tam relacje między postaciami. I wtedy cała historia dzieje się we współczesności, a finał niejako podsumowuje dotychczasowe informacje. To jest ten moment gdy cieszymy się, że mamy w ogóle taki wątek. W komiksach zawsze był on mocno eksponowany, gdy gry nie wiadomo dlaczego go marginalizowały.
W poprzedniej komiksowej trylogii, Karl Kersh i Cameron Stewart odwalili kawał dobrej roboty jeśli chodzi o rysunki. W Trial by Fire nie odczuwamy pogorszenia się poziomu grafiki. Rzemieślniczą robotę w tym zakresie popełnił Neil Edwards, na co dzień zajmujący się prowizorkowym Doktorem Who. Jednak muszę przyznać, że zabrakło tu jakiś flagowych kadrów, które wyeksponowałyby talent rysownika.
Jedyną większą wadą komiksu, może być brak w nim jakiś prawdziwych miejsc historycznych, charakterystycznych zabytków. Takie wtrącenia dodały by historii większego realizmu do przedstawionej fikcji, co świetnie się sprawdzało w poprzednich komiksach. Widać autorzy nie poczuli aż tak dobrze klimatu uniwersum. Zamiast tego zaserwowano nam niesmaczne nawiązania do… Gwiezdnych Wojen. Pomimo tych drobnych uchybień, jest to bardzo udany start nowej serii, którą naturalnie każdy psychofan marki będzie trzymał na celowniku.
Ocena: 8/10

Ciekawostki:

  • Seria komiksów Assassin’s Creed początkowo zwana była jako Assassin’s Creed: Assassins.
  • Komiks ukazał się krótko przed premierą gry Assassin’s Creed: Syndicate. Z produkcją tą łączy ją postać Galiny Woroniny, która pojawia się w obu tytułach.
  • W komiksie pojawia się Malta Banking Corporation. Jest to oczywiście własność Abstergo. Bank ten pojawia się także w innych historiach: komiksie Templars oraz powieści Last Descent: Zaginieni Przodkowie.
  • Dane historyczne mówią o tym, że w Salem spalono przynajmniej 20 czarownic, jednak ofiar mogło być dużo więcej. Naukowcy przeprowadzili śledztwo, by ustalić przyczynę tego zjawiska. Doszli do wniosku, że przyczyną był grzyb o nazwie sporysz. Mieszkańcy Salem spożywali dużo potraw roślinnych. Sporysz pasożytuje na ziarnach zbóż. Lubi on wilgoć, a warunki pogodowe w rejonie mu takową zapewniały. Grzyb zawiera ergotaminę, powszechną przy produkcji LSD.