spider-man

Spider-Man: Edge of Time

Developer: Beenox, Other Ocean Interactive (NDS)
Wydawca: Activision
Polski wydawca: Licomp Empik Multimedia
Data premiery: 10/2011
Platformy: PS3, X360, Wii, NDS, 3DS
W cyklu „wzloty i upadki gier ze Spider-Manem”, tym razem znowu spadamy w dół. Egde of Time to luźny sequel dobrze przyjętego Shattered Dimentions. Tytułu, który wprowadził dużo świeżości w skostniałą formułę pajęczych gier, dzięki możliwości zagrania innymi wersjami Spider-Mana. Studio Beenox postanowiło kontynuować temat i na podstawie pomysłów które przyczyniły się do stworzenia dobrego poprzednika, stworzyło typowego średniaka, po którego zdolni są sięgnąć tylko gorliwi fani postaci. Znowu płaczemy, że nie tak jak to powinno być. 
 
Ten cały Miguel O’Hara, co prawie wiek później kontynuuje noszenie stroju Spider-Mana, dotychczas nie był aż tak eksploatowany w grach. Dlatego wrzucenie go do historii daje jakąś frajdę. Jeśli nie graliście w poprzednią część, to nawet nie będziecie ubolewać, że biorąc pod uwagę kilka wersji postaci wybrano właśnie jego. I niestety tylko jego. Jest więc on odbierany przez pryzmat uwsteczniania się gry. Dwóch pająków musi robić za czterech, a by zadowolić widzów muszą się bardzo postarać. Problem w tym, że tylko zrażają do siebie graczy.
Po co właściwie powstała ta gra? To kwestia to głębszych rozważań. Wyobraźcie sobie, że postać taka jak Spider-Man, stworzona by bujać się między budynkami, zostaje wrzucona do czterech ścian i… spędza tam całą grę! Mało tego, ten budynek od początku do końca oferuje ubogi, sterylny i jednakowy design. Często też musimy wracać przez te same korytarze. Mało tego. Nasze pająki co by nie miały za trudno, to mają zaznaczone specjalnie do tego przygotowanych punkty, gdzie mogą wciągnąć się po sieci! No dobra, inspirowano się pewnie Batmanem. Tylko po co? W poprzedniej części też już to mieliśmy, a niestety to rozwiązanie zaczęto później powielać. Skoro dano już nam Spider-Mana z przyszłości, to chętnie bym pobujał się po cyberpunkowym mieście w 2099 roku. Miguel nawet to robi, ale tylko w przerywnikach… Mam za duże oczekiwania. Nie ma tu rozmachu na miarę Deus Exa, bo przecież mamy do czynienia z dojeniem licencji.
 
Fabuła tej gry jest tak pokręcona, że pewnie nawet twórcy nie do końca rozumieli tego co stworzyli. Dwóch Spider-Manów, w dwóch przedziałach czasowych i jednym biurowcu. Wymyślono więc coś co się nazywa „splątaniem kwantowym”. Przyczyna i skutek. Jeśli coś dokonało się w przeszłości, to będzie miało konsekwencje w przyszłości. To nic, że prawie 100 lat później. Podróżowanie w czasie już tak ma, że tego nie rozumiemy. Flashpointy nauczyły nas, że wszystko jest możliwe, nawet tak egzotyczne zjawiska jak to ograniczające się do jednego budynku, który jakimś cudem się nie rozsypał przez tyle lat. Umowność tego rozwiązania wali naiwnością nawet w mało wymagających widzów. 
Gra nawet nie zaczyna się źle. Z miejsca dostajemy dramat: Spider-Man zostaje zabity w nierównej walce z potężnym symbiontem. Tak dla odmiany i urozmaicenia dano nam Anti-Venoma. Ten jest równie paskudny i potężny co zwykły Venom, co budzi w nas naturalnie podziw i fascynację. A jego świecące gały co najwyżej zażenowanie. To ostatnie dotyka też Spider-Mana 2099, który widząc co się dzieje, zamierza zapobiec tej strasznej tragedii i przy okazji uratować swoją przyszłość. Niestety, ten niesamowity, oryginalny Spider-Man okazuje się zdzieciniałym, niedojrzałym, nadpobudliwym i nieodpowiedzialnym osobnikiem. Tak, ten wiedząc, że umrze, pcha się prosto do walki z symbiotyczną poczwarą. Brak logiki, ale przynajmniej mamy jakąś walkę z bossem. 
W grze podobały mi się pewne elementy. Pierwszy to znany już z poprzedniej gry motyw zręcznościowy, wtedy gdy Miguel leci w dół budynku i rozpędzony musi omijać przeszkody. Budynek Alchemaxu musi być duży skoro umożliwia takie atrakcje. I rzeczywiście jest, bo jak wyczytałem z notatki pod koniec gry, ma on rozmiar… Mount Everestu. Przynajmniej tu nie zabrakło logiki. Tak ogromny gmach pomieści wielkie sale, gdzie toczymy walki z bossami. I to drugi element jaki mogę na siłę naciągnąć na plus.  Oprócz wspomnianego już symbionta w białych barwach, zmierzyć musimy się ze swoją byłą, kocią dziewczyną. A na końcu dostajemy aż dwóch bossów naraz! Jednym z nich jest takie mackowate cóś. Jest to nowopowstały twór, stworzony na potrzeby gry. Widać w tym jakąś nieudolną inspirację mitologią Lovecrafta. Wyskakujące macki wyraźnie stanowią o jakiś fetyszach twórców gry. 
W grze znalazło się także sporo znanych głosów, jak Van Kilmer, Laura Vandervoort, czy Katee Sackhoff. To i tak za mały argument by z czystym sumieniem komuś polecić ten tytuł. Jego największą zaletą jest to, że się szybko kończy. Grę można porównać do Man of Steel – klasa średnia, która traci, bo oczekuje się od niej więcej. Jeśli nie jesteście psychofanami Spideya, nie spędzacie wielu godzin na Spider-Man Online, a w szafie nie macie własnego kostiumu, to zdecydowanie nie ruszajcie Edge of Time

 

Ocena: 4/10

 

Ciekawostki:

  • Kostium Amazing Spider-Mana ulega zniszczeniom w trakcie gry. Natomiast strój Spider-Mana 2099 pozostaje bez skazy, gdyż zrobiony jest on ze specjalnych włókien.
  • W grze możemy znaleźć easter egg przedstawiający projekt kostiumu Skorpiona 2099. 
  • W jednej z gablot znajdziemy ciało Sandmana. 
  • W innej z gablot możemy znaleźć postać zwaną jako Spider-Ham. Postać ta pojawia się także w notatkach pod koniec gry.
  • W wersji gry na Nintendo DS pojawia się więcej znanych wrogów Spider-Menów: Shoker, Menace, Rhino, czy Arcade 2099, Overdrive 2099, Big Wheel 2099.
  • Aktorzy użyczający głosu Spider-Manowi i jego odpowiednikowi z przyszłości – Josh Keaton i C.D. Barnes – poprzednio wcielili się w Ultimate Spider-Mana i Spider-Mana Noir.