Tomb Raider Library Edition Volume 1

Scenariusz: Rhianna Pratchett, Gail Simone i inni
Rysunki: Nocolas Daniel Selma, Derlis Santa Crus i inni
Okładka: Dan Scott
Wydawnictwo: Dark Horse
Zawiera: Tomb Raider The Beginning i Tomb Raider #1-18
Liczba stron: 496
Data wydania: 02/2018
Są pewne rytuały, które wykonuje pewne środowisko. Na pytanie o to co będziesz robić w sylwestra, jest tylko jedna odpowiedź. Gdy fajerwerki wybuchają na ulicach, a szampan wylewa się z butelek hektolitrami, nagle spadają statystyki grających we Fortnite. Powód jest oczywisty, to Lara Croft przejmuje świadomość polskich graczy. A ci najbardziej zagorzali fani z dumą spoglądają na półkę ze swoją kolekcją, a tam pośród gier i filmów, znajdziemy także komiksy.

W świadomości rodzimych gamerów komiksy nie istnieją. Stare dziady jak ja pamiętają czasy gdy TM-Semic coś tam wydał z Larą, a poza tym nie było nic więcej. Od rebootu serii w 2013, wydawnictwo Dark Horse regularnie wyrzucało na rynek zeszyty. Trochę czasu minęło, kupka makulatury się uzbierała. A Dark Horse już tak ma, że umie dobrze sprzedawać zbiorcze wydania i muszę przyznać, że tym razem podusiło całkiem nieźle. Już przy recenzji Tomb Raider Archives vol.1 zachwycałem się bydlaczym tomem. Tym razem dostaliśmy jeszcze grubszą cegłę.
Żeby kogoś zabić nie trzeba go walić kilofem jak Lara, wystarczy użyć Tomb Raider Library Edition Volume 1. Ale oczywiście szkoda paćkać krwią tak piękne wydanie. Na prawie 500 stronach upchano tu 18 zeszytów, które wcześniej wydano w trzech trade’ach: Season of Witch, Secrets and Lies oraz Queen of Serpents. Do tego dorzucono historię Tomb Raider Begining, którą nawet wydano w Polsce w niskim nakładzie i rozdawano jako gratis przy zakupie pudełka z grą. I to właśnie od tej historii zacznijmy.
The Beginning jak sama nazwa mówi ma nas wprowadzić w grę. Rhianna Pratchett nawet świetnie wywiązała się z zadania, bo jak na krótki zeszyt, rzuciła całkiem nowe światło związane z wyprawą. Bohaterem zostaje Whitman, który niespodziewania dowiaduje się, że telewizja nie sfinansuje mu wyprawy i jego program zostaje zdjęty z anteny. Jest już statek, jest ekipa. Reporter tu się nawet nieźle napocił, choć rozwiązanie problemu było śmiesznie proste. Sama historia lepiej rozbudowała charakter i motywacje postaci. I nie tylko Whitmana, bo odrobinę bardziej poznajemy też innych członków załogi. W sumie dobre, szybkie wprowadzenie, do elementów z którego będą potem odnosić się dalsze opowieści. Ma ono wielką wadę, ale posiadają ją także kolejne zeszyty, więc o tym napiszę kilka akapitów dalej.
Zagłębiając się w kolejne zeszyty, moim pierwszym wrażenie to: nie łatwo być fanem Tomb Raidera. Rhianna Pratchett, która odpowiedzialna była za historię w grze, razem z Gail Simone odpowiada za to co się działo później. Nie żebym narzekał na historię. Jest przeciętna do bólu, ale ma parę pozytywów. Przede wszystkim nie skupia się tylko na Larze, ale zgłębia także inne postacie, które w grze spotkaliśmy przelotnie. Lara w grze była rzeźnikiem. Działała sama na wyspie, niczym Punisher czyściła teren. To co w grze sprawdzało się dobrze, w prawdziwym życiu takie nie jest. I właśnie w takim klimacie obraca się komiks.
Z jednej strony mi się to podoba. Widzimy Larę w zurbanizowanym środowisku, a tego z kolei mi brakowało w grze, gdzie zawsze zostaliśmy rzuceni na jakieś odludzie. Widzimy Larę parę tygodni po wydarzeniach na wyspie Yamatai. Jest potulną dziewczynką i prowadzi normalne życie z najlepszą przyjaciółką, Sam.  Potem mamy serię dziwnych wydarzeń i w finale… Cóź. Może to i będzie spoiler, ale nie zgadniecie gdzie wraca Lara i jaką porwaną osobę musi uwolnić? Pierwsza historia nie do końca jeszcze chciała się odciąć od wydarzeń z gry, wyraźnie nie chciano naruszyć strefy komfortu fanów, którzy sięgnęli po komiks. Season of Witch to bezpośrednia, przeciętna kontynuacja gry, gdzie scenarzystki trochę nie poradziły sobie z postacią Lary.
I tu muszę wspomnieć o czymś, co już przy The Beggining rozłożyło mnie na podłodze jak dżuma trędowatego. Chodzi o poziom wizualny, który jest sterylny jak kolorowanka. Tak, rysunki są tak paskudne, że można dostać omdlenia. Ładne są tylko okładki. Pewnie większość fanów nawet by nie narzekała na ich poziom, ale mając w pamięci to co zrobił Andy Park dla komiksów z Larą, to można czuć potwarz. Wygląda to lepiej niż komiksy przed rokiem 90-tym, ale sprawia wrażenie robionego w pośpiechu szkicu, na który nie było czasu nałożyć więcej szczegółów.
Od drugiej historii, Secret and Lies miałem trochę więcej oczekiwań. I nie zawiodłem się. Powiązania z grą są, ale symboliczne, a akcja ruszyła w zupełnie nowym kierunku. Komiks już na starcie mnie uwiódł bardzo ładną szatą graficzną. Tak, doczekałem się dobrego poziomu rysunków. Niestety, jak się okazało, tylko przez połowę historii. Do trzech ostatnich zeszytów wracają Nicolas Daniel Selma oraz Juan Gedeon. I tu odkryłem kto odpowiada za tak tragiczny poziom wizualny. Osobiście mam nadzieję, że ta dwójka nie znajdzie pracy w żadnym wydawnictwie komiksowym, bo na swojej robocie znają się tak jak ja na fizyce kwantowej.
Secret and Lies zaskoczyło mnie jeszcze jednym ciekawym zwrotem akcji. Wrzuciło Larę do… Czarnobyla. Dla mnie osobiście to miłe zaskoczenie, bo odwiedziłem strefę na jesieni i powrót do niej na łamach komiksu to miły smaczek. Widać, że rysownicy choć dobrze wykonali swoją robotę, to w Prypeci nie byli. Ale mało kto przecież zwróci uwagę, że układ obiektów jest inny niż w rzeczywistości. Daję plus za miejsce, które by także świetnie pasowało do gry, ale nie ma co liczyć, że amerykańce na to wpadną. Chociaż osoba znająca temat, może się uśmiechać z politowaniem jak przedstawiono w komiksie kwestię promieniowania czy samosiołów.
W historii tej poznajemy pierwszy raz pewną organizację, która pojawiła się następnie w grze Rise of Tomb Raider. To dodatkowy powód dla fanów by się z nią zapoznać. Gdy akcja opuszcza Ukrainę, to powraca do Londynu. Tak się złożyło, że w tym mieście również byłem na jesieni i dzięki temu miałem trochę większy ubaw z historii. Pech chciał, że tą drugą część rysowali partacze, których wymieniłem już wcześniej i aż mi się nóż w kieszeni otwierał jak zobaczyłem ubogo przedstawiono Piccadilly Circus. Na szczęście historia trzymała wysoki poziom i nawet zawierała w sobie trochę humoru, dzięki temu jakoś przetrwałem do końca.
Ostatnia historia, Queen of Serpents to już dobra wyrobnicza praca. Rysunki na poziomie, dobre, tajemnicze wprowadzenie. Lara zmuszona jest wyjechać do Meksyku, uratować uprowadzonego przyjaciela. W międzyczasie zdąży uratować też małą dziewczynkę i dowiedzieć się trochę rzeczy o ojcu. Już nie wspominając o przyjaciółce Sam, której coś zaczyna zdrowo odwalać z głową… Upchano w sympatyczny sposób wiele wątków. Na końcu Lara robi też coś co będzie odczuwalne w kolejnej grze. Takie delikatne wejście fabuły do gry. Nie jest to ten poziom co oferują komiksy Assassin’s Creed, ale wciąż mówimy o pełnej kanoniczności wydarzeń.
Komiks zawiera historie, które są pomostem między grami Tomb Raider (2013) i Rise of Tomb Raider (2015), oraz mały prolog do gry. Oczywiście, przeciętnemu fanu serii nie jest to do niczego potrzebne, ale po zapoznaniu się z historiami, czuję się bardziej spełniony. Sądzę, że ktoś zżyty z serią, czekający na nową odsłonę, nie powinien sobie odpuszczać papierowych przygód. To nie tylko świetne uzupełnienie luk, ale także lepsze zgłębienie bohaterki i… bohaterów. Graficznie mniej przystępna 1/3 komiksu nie powinna nikogo odrzucać. A w tak solidnym wydaniu jak Library Edition to aż żal sobie odpuszczać. Na końcu tomu dodano soczystą galerię okładek, z których parę chętnie bym sobie powiesił na ścianę.
 
Ocena: 7/10