Assassin’s Creed: Conspiracies

Scenariusz: Guillaume Dorison
Rysunki: Jean-Baptiste Hostache
Wydawca: Titan Comics
Oryginalny wydawca: Les Deux Royaumes
Wydanie PL: Brak
Premiera: 12/2018
Liczba stron: 104


W tej głównej serii Ubisoftu zawsze podobało mi się ich szersze spojrzenie. Wszystko tu jest kanoniczne. Zwłaszcza gałąź komiksowa imponuje bogatą paletą historii, z wątkami które potem trafiają do gier. Nie są to wielkie crossovery pomiędzy różnymi mediami, bo takich nie ma nawet Marvel Cinematic Universe. Jednak poziom przenikania się świata jest i tak imponujący. Do tego stopnia, że przed rozgrywką w Assassin’s Creed III warto sprawdzić wcześniej komiks Assassin’s Creed: The Fall, bo inaczej tracimy cały wątek jednej postaci. Nie zawsze jednak było tak idealnie.

Komiksy Assassin’s Creed to w Polsce temat nie lepszy niż wychowanie do życia w rodzinie. Coś tam było, ale nie do końca o to chodziło. W czasach największej świetności, pewne odważne wydawnictwo dało nam pięknie wydane, do wyboru w miękkiej lub twardej oprawie, tomy będące jakimś tam powiązaniem z akcją dziejącą się w czasach trylogii z Ezio. Może nawet ktoś ma na półce Aquillusa, czy innego Acciptera. Jednak te produkty okazały się padaką, kompletnie ignorującą i kolidującą z wydarzeniami z gry. Takie fanfiki, tylko wydane oficjalnie. Francuski wydawca Les Deux Royaumes jednak się nie zraził i działał dalej, w konsekwencji czego dostaliśmy kolejną, znacznie lepszą serię.

Assassin’s Creed: Conspiracies to produkt w pełni kanoniczny, co potwierdzają oficjalne kanały Ubisoftu. Mamy więc w ręku część wielkiego uniwersum. Komiksy takie jak ten przywracają mi wiarę i miłość w w wielkie asasyńskie uniwersum. To czego nie potrafili zrobić twórcy gier, znów ogarnięto na łamach papieru. A tak się składa, że II wojna światowa jest jednym z najbardziej wyczekiwanych przez fanów okresów.

Naszym bohaterem zostaje Eddie Gorm. Były wojskowy, obecnie pracownik doków. Rok mamy 1943, to czas kiedy wojenna panika ogarnęła Londyn, a działania militarne powodują spadek obrotów u przedsiębiorców i ogólną biedę wśród ludu. Zmęczony życiem bohater, zamiast czekać cierpliwie na emeryturę, zostaje wplątany w prowokacje o jakich nie mógł śnić. Nagle dostaje bodziec i musi jeszcze raz wziąć się do roboty. A my czytelnicy obserwujemy jak ten uparty facet depcze po co raz większych intrygach, poznaje rzeczy o których mu się nie śniło.

Mamy tu do czynienia z klimatami szpiegowskimi. Ani razu nie mamy tu pokazanych walk na froncie. One toczą się gdzieś daleko. Eddie ze swoimi sojusznikami działa w kuluarach, stara się w inny sposób zakończyć wielką wojnę. Dlatego akcja przeskakuje z miejsca na miejsce, ciągle coś się dzieje. Anglia, Norwegia, czy nawet Europa Wschodnia. Dobrze, że wątek współczesny nie przerywa akcji. Jest on znikomy i jego elementy pojawiają się tylko na końcówkach tomów.

Co lubię w serii najbardziej, to balansowanie wśród teorii spiskowych i tajemnicach dziejów. W trakcie drugiej wojny światowej działa się przecież masa niejasnych eksperymentów. Wydanie zbiorcze, które miałem w ręce, składa się z dwóch tomów Die Glocke i Project Rainbow. Te nazwy bardzo wiele mówią wszystkim fanatykom zjawisk niewyjaśnionych. Szczególnie ta pierwsza, gdyż odnosi się do badań nazistów prowadzonych na terenie naszego kraju! Do tego wszystkiego w akcję wplątano znanego w tamtych czasach naukowca, którego wątki już się przewijały w serii, czy to w grach, czy to w komiksie The Fall. Tak więc wszystko jest niesamowicie kanoniczne i polane znanymi z serii wątkami o czasach zanim powstała ludzkość. Tytuł komiksu bardzo dobrze oddaje jego klimat na wielu płaszczyznach.

Wydarzenia historyczne są jak zwykle ładnie wplątane w fabułę. Atak w Norwegii na fabrykę ciężkiej wody idealnie zsynchronizowany w czasie. Nie spotykamy tu wielu postaci historycznych. Jednak podczas akcji w Berlinie wpadamy na doktora, naszym rodakom dobrze znanego z Oświęcimia. W komiksie spleciono wszystkie co barwniejsze elementy z II wojny, a ze światem asasynów łączą się one idealnie.

Komiks jest frankoński. W końcu Ubisoft to firma rodem z Francji, a nie Kanady… W rysunkach widzimy, że są one typowo europejskie, takie ciut inne, bardziej poważne. Momentami są wspaniałe, a gdzieś indziej mam problemy z rozpoznaniem kim jest jaka postać. Jednak w ogólnym rozrachunku, mamy do czynienia z godną, często rozpieszczającą oczy oprawą, mniej więcej nie odbiegającą stylistycznie od innych komiksów z serii. Może z wyjątkiem Templars, ale to był mocniejszy eksperyment. I to prowadzi do końcowych wniosków.

Jaki jest problem z komiksem? Taki, że powiela schematy. Dobrze wiemy czego się spodziewać. Nawet zakończenie, choć szokujące, to nie dla fanów serii. Komiks jest niczym kolejny film Marvel Studios. Jest tym co znamy i kochamy. Nie ma tu eksperymentów, które mogły by zachwiać nasze oddanie, gdyż stosuje bezpieczną, uniwersalną, sprawdzoną formułę. Inna sprawa, że to może nudzić… Za to uzupełnia nam kolejną cegiełkę uniwersum, która tym razem okazuje się dla wielu ciekawą otoczką i sprawia, że trzeba go mieć.

Ocena: 7/10

Ciekawostki:

W komiksie interesujące są polskie wątki. Zacytuję fragment tekstu z portalu grynieznane.pl, który mówi więcej czym był tytułowy projekt Die Glocke:

O Dzwonie jako pierwszy napisał Igor Witkowski w wydanej w 2000 roku książce Prawda o Wunderwaffe. Jej autor utrzymywał, że nazwa broni pojawiła się w zeznaniach niemieckiego oficera, Jakoba Sporrenberga. Witkowski miał przeczytać transkrypcję przesłuchania nazisty w 1997 roku dzięki oficerowi wywiadu, który to z kolei miał swobodny dostęp do polskich dokumentów na temat hitlerowskich wynalazków. Die Glocke miało być sporej wielkości urządzeniem w kształcie dzwonu (stąd nazwa), który dzięki nieznanej substancji, podobnej do rtęci, miało krystalizować tkankę zwierzęcą, zamieniać krew w żel i niszczyć wszystkie rośliny znajdujące się w zasięgu działania broni.

Ten ostatni nie był taki mały, bo wynosił podobno od 150 do 200 metrów. Nie wiadomo, gdzie urządzenie miałoby być testowane, ale zdaniem Witkowskiego idealnym miejscem były szyby kopalniane w okolicach Wałbrzycha, gdzie Niemcy realizowali Projekt Riese (pol. „Projekt Olbrzym”). Autor utrzymywał nawet, że w podziemiach zachowały się elementy konstrukcji Dzwonu, ale ostatecznie okazało się, że rzekome rusztowania stanowią pozostałość po typowych przemysłowych wieżach chłodniczych, z których korzystali Niemcy.